Antropologia zabobonu i zjawisk paranormalnych oraz krytyka bytów wątpliwie istniejących.


poniedziałek, 24 listopada 2008
Jako że od pewnego czasu porzuciłem tego bloga na miejsce troszeczkę innego pisania, najprawdopodobniej nie będzie on już okraszany o nowe materiały. Jego nowa wersja prowadzona na googlowym blogspocie, jest myślę ciekawsza i lżejsza w lekturze, przy jednoczesnym zachowaniu tematyki jaka przewijała się na tej stronie. Jeszcze nie wiem co pocznę z zamieszczonymi tu notkami, na wstępie poprawiłem je i zamieniłem na pdf. Nawet jeśli będę stopniowo znikać, proszę zawitałego tu administratora o nie kasowanie bloga, a przynajmniej poinformowanie mnie o tych z lekkim wyprzedzeniem. Tymczasem zapraszam na nową odsłone antropologii zdrowego rozsądku:


01:12, szmerybajery
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 września 2008
    Dzisiejsza akumulacja pecha nie jest na szczęście spotęgowana, w końcu dziś sobota, jednakże wiele osób twierdzi że samo 13 przynieść może pecha. Niektórzy ludzie  do dziś wierzą w to, że przytrafi się im coś złego. Przesądni wiedzą, że numer 13 przynosi nieszczęście, ponieważ nieraz bywali świadkami jego niekorzystnego wpływu na bieg wydarzeń. Rozbity dziś pod Los Angeles pociąg jest niewątpliwie nie najlepszym przykładem pogodnego dnia dla mieszkańców San Fernando Valle, jednak podobnych wypadki dzieją się codziennie, także w czasie dni nieobarczonych trzynastką. Wyliczenia wszystkich nieszczęśliwych wypadków, który przydarzyły się trzynastego, nie jest dowodem magii trzynastki – wystarczy przypomnieć wczorajszą katastrofę autobusu w Iranie, w której również zginęło wiele osób.
    Prawdopodobnie nikomu jeszcze nie udało się doświadczalnie wykazać, że trzynastego dominuje nieszczęście, natomiast wiele przemawia za tym, że przesąd związany z liczbą 13 jest bezzasadny. Wiele instytucji, takich jak  13szpitale, posterunki policji, straż pożarna oraz agencje ubezpieczeniowe mają dane na temat rożnych nieszczęśliwych wydarzeń. Są to informacje wiarygodne, ponieważ zostały one zebrane przez lekarzy, strażaków i policjantów. Te oficjalne rejestry pokazują, że piątek trzynastego, czy też jakikolwiek inny trzynasty dzień miesiąca nie wyróżnia się pod względem nieszczęść. Są to przekonujące dowody na to, że przesąd związany z liczbą 13 jest nieprawdziwy.
    Możemy posłużyć się logicznym rozumowaniem, aby wykazać, że przesąd dotyczący liczby 13 jest niedorzeczny. Zadajmy ważne z naukowego punktu widzenia pytanie, zwykle ignorowane przez osoby przesądne: w jaki sposób liczba 13 powoduje np. nieszczęścia osób mieszkających na trzynastym piętrze? Przypuśćmy, że ktoś przesądny wysiada z windy na trzynastym piętrze, gdzie wielka trzynastka namalowana jest na ścianie. Czy ten namalowany numer ma wielkie "wilcze oczy", które widzą i rozpoznają potencjalną ofiarę? Czy niewidzialny duch złowieszczej trzynastki wędruje za ofiarą przez wiele miesięcy? Czy on rzuca skórkę banana na schody, na której ofiara poślizgnie się i złamie nogę, aby otrzymać dawkę nieszczęścia? Już samo zadawanie tych pytań pokazuje, jak głupi jest ów przesąd. Nie ma nic, co mogliśmy kiedykolwiek zobaczyć i usłyszeć, a co by tłumaczyło, w jaki sposób numer 13 na ścianie może spowodować wszystkie te nieszczęścia.
    Jednak liczba 13 może wyrządzić komuś krzywdę. Wyobraźmy sobie, że ktoś mocno wierzy w to, że trzynastka powoduje nieszczęścia i rzeczywiście atakuje z dwojoną siłą trzynastego każdego miesiąca. Strach, że zły duch trzynastki postępuje jego śladem, by mu uczynić krzywdę, może tego człowieka wyprowadzić z równowagi i uczynić podatnym na wypadki. Najlepszym lekarstwem na bezrozumny strach jest zrozumienie, że przesądy na temat pecha są przekonaniami bezzasadnymi. Nie ma żadnych dowodów na to, że istnieją niewidzialne ponadnaturalne siły, zdolne czynić magiczne rzeczy, które kłócą się z tym, co wiemy na te temat otaczającego nas świata.

Na podstawie: Hy Ruchlins, Skąd wiesz, że to prawda. Różnica między nauką i przesądami, przeł. Anna Żylińska, Warszawa 1998, s. 24 – 33.
środa, 10 września 2008
    Chyba każdemu sceptykowi znana są postacie Jamesa Randiego, Richarda Wisemana czy Michaela Shermera. Nie mniej heroizm takiej postawy, nie umniejszając nic powyższym osobą, zwiększa się wprost proporcjonalnie do zabobonności czasów wobec których występuje. Co bardziej światły mieszkaniec tradycyjnej afrykańskiej wioski, stawia na szale o wiele więcej niż naukowiec wyśmiewający te same gusła. Być może tak należy postrzegać postawę działającego blisko 100 lat temu, wielkiego krytyka zjawisk paranormalnych Harriego Pricea. Ta nietuzinkowa postać nie tylko stawiała czoło wszelkiej maści duchowej szarlatanerii, ale czyniła to bez wielu narzędzi dostępnych dla rąk współczesnego racjonalisty. W 1922 Price zdemaskował fotografie rzekomo uchwyconych zjawisk paranormalnych autorstwa Williama Hope, ośmieszał media, telepatów i fakirów, jednak jego najsłynniejszy eksperyment to "zamek duchów" datowany na lata 30-te XX wieku. Pomimo upływu lat, historia ta nie straciła nic ze swego dawnego uroku, wciąż służąc przy wyjaśnianiu także współczesnych tego typu przypadków.
    Pewnego razu Price wynajął pełen zakamarków stary dom, a następnie umieścił w "The Times" ogłoszenie, wzywające chętnych do obserwacji upiornego mieszkania. Na wstępie ochotnicy otrzymali wymyśloną przez Price  duch smiercidokumentacje o rzekomych wyczynach duchów jakie miały miejsce w nawiedzonej posiadłości, z wyliczeniem długiej listy rzeczy, na które należało zwracać szczególną uwagę. Lista ta zawierała dźwięki dzwonków, ruchy przedmiotów, kroki, zjawy, kołatania, zapachy, dziwne światła, pojawiające się przedmioty – tzw. aporty. Wszystko to pod znakiem Honorowego Sekretarza Rady do Badań Parapsychologicznych Uniwersytetu Londyńskiego, nazwisko sekretarza w dokumencie nie ujawniono, ale był nim nie kto inny, tylko sam Price. Ogłoszenia w prasie i w radiu zwerbowały 48 obserwatorów. Z wyjątkiem niewielkiej sceptycznej mniejszości donosili oni, zgodnie z okultystyczną atmosferą tych lat, o licznych zjawiskach takiego rodzaju jak zapowiadane w instrukcji. Zasłona na oknie poruszała się, a obserwatorzy uznali, że wiatr nie był dość silny, by to sprawić, musiało mieć to zatem przyczynę paranormalną. Stara marynarka wiszącą za drzwiami, gdzie nikt jej przedtem nie zauważył, musiała się tam zmaterializować. Stało się jasne że podniecenie jakie nastało wśród obserwatorów, nie brało się z samych fizycznych zdarzeń jako takich, lecz z całego kontekstu w jakich zachodziły i ze sposobu w jaki są interpretowane. Odpowiednie zaprogramowanie wytwarzało w uczestnikach pewien specyficzny kontekst, który skłaniał do budowania sobie na bazie otrzymanych informacji takich a nie innych konstrukcji. Dostarczane przez Pricea instrukcje nie tylko umocniły ogólne oczekiwania, że zajdą jakieś wypadki o przyczynach nadnaturalnych, ale wytworzyły również nastawienie mentalne zwiększające prawdopodobieństwo, iż obserwatorzy będą postrzegali i tłumaczyli sobie poszczególne zjawiska w sposób zgodny z tym ogólnym oczekiwaniem. W końcu cóż może być bardziej prozaicznego od falującej zasłony, a przecież takie właśnie rzeczy uznano za "dowody" zjawisk paranormalnych. Pricea nie od razu ujawnił całą manipulacje. Tuż po eksperymencie zaczęły ukazywać się w prasie artykuły na temat nawiedzonego domu. Dwaj wybitni prawnicy publicznie oświadczyli, że są przekonani o autentyczności tych objawień, a jednej z nich posunął się nawet dalej mówiąc, "że są one dowodami bez cienia wątpliwości". Z przekąsu, zdjęcie w niniejszym poście to fotografia Williama Mumlera - w XIX wieku, uznawane powszechnie za "dowód bez cienia wątpliwości" istnienia pośmiertnej rzeczywistości.

Na podstawie: Gustaw Jahoda, Psychologia Przesądu, przeł. Jerzy Jedlicki, Warszawa 1971, s. 73 – 76.
sobota, 30 sierpnia 2008
     Wiara w istnieniu i skuteczności mowy odwrotnej (reverse speech) sięga dalekiej przeszłości świata sabatów, kiedy kpiąc sobie z chrześcijańskich rytuałów, wiedźmy odmawiać miały modlitwy wspak, godząc w ten sposób w świętość recytowanych tekstów. Prawdziwy rozkwit mowy odwrotnej nie odbyłby się bez odkryć rodzącej się psychoanalizy i psychologii, a przede wszystkim badań nad nieświadomością, istnienie nieświadomości należy do najważniejszych impulsów współczesnej wiary w reverse speech. Aby uwodnić, iż ta dziwna wiara nie została na zawsze oddalona w niepamięć, wystarczy przypomnieć kontrowersje wokół utworu Jimmiego Pagea "Stairway to Heaven" w latach 70-tych. Począwszy od Beatlesów, zespoły rockowe stanowiły i stanowią kanwa dla przekazów podprogowych, będąc rzekomo przesycone od okrytych poleceń kultywowania satanizmu, przemocy i nakłaniania do samobójstwa. Najdonioślejszym echem słynnej listy zespołów satanistycznych Ryszarda Nowaka, była szydercza odpowiedź polskiego zespołu Kat, polecająca byłemu posłowi odsłuchanie zgromadzonych materiałów od tyłu.
    Wiara w skuteczność takich przekazów, poza bezkresem bezsensowność, opiera się na dwóch absurdalnych założeniach. Pierwszym z nich jest pomysł, iż ludzki umysł tłumaczy "czystą mowę" na mowę odwrotną. Umiejętność  mówienia wspak jest bardzo rzadką cechą, zdrowy, nietrenowany mózg, nie jest w stanie  w czasie rzeczywistym odcyfrować takich przekazów, nawet gdyby one rzeczywiście istniały. Drugim wątpliwej jakości poglądem jest możliwość wpływania podświadomości na świadomy umysł, któremu to podświadomość może polecić wykonania czynności, niepożądanych przez nasze "zewnętrzne ja". Nic nie wskazuje na istnienie takiego zjawiska, stąd tak zaszyfrowane wiadomości nie odniosłyby żadnych, a to żadnych skutków.
    Przekonaniu co do istnienia mowy odwrotnej, towarzyszy afirmacja podświadomości, mającej być  miejscem głębokich prawd, nieubłaganej uczciwości i ukrytych znaczeń. Prawdziwe znaczenie naszych słów miałoby być dostępne do odcyfrowania po ich wcześniejszym nagraniu i odtworzeniu w przeciwnym kierunku. Warto dodać, że puszczane od tyłu wypowiedzi wystąpień wojskowych prominentów, tuż po katastrofie w Roswell... miały dowodzić iż rząd nie mówi w tej sprawie całej prawdy Pogląd o wszędobylskiej prawdzie tkwiącej w reverse speech zawdzięczamy światowemu "badaczowi" mowy odwrotnej Davidowi Oatesowi, który odkrył jej zasadę upuszczając w trakcie porannego golenia, swój dyktafon, tak (nie)szczęśliwie, iż jedyna możliwością odtworzenia wcześniej nagranych taśm wiązała się z odsłuchaniem ich od tyłu. Na podstawie swoich spostrzeżeń, Oates zbudował rozległą teorię, powstawania, przekazywania, jak i efektywnego wykorzystywania zjawiska mowy odwrotnej. Nie ma oczywiście co liczyć na empiryczne dowody dociekań Oatesa, których nie tylko nie ma - rzekomi naukowcy popierający Oatesa, są ponoć zastraszani przed wyjawieniem dowodów na potwierdzenie jego hipotez - ale ich istnienie byłoby niezgodne z  ogromem wiedzy jaką dziś posiadamy na gruncie językoznawstwa, komunikacji, neurologii czy pedagogiki. Przykładowo, według zapatrywań Oatesa, gaworzenie niemowląt ma być czystą mową odwrotną płynącą z podświadomego umysłu dziecka (!), mającą być bezpośrednią relacją człowieka z Bogiem (!) Jako że oczywiście nie każdy wyraz i nie każde zdania posiada swój dający się zrozumieć palindrom, nieodzowne okazały się, popularne we wszelkiego typu paranormalnych teoriach, metafory. Każde zdanie odtworzone od tyłu, a nie będące nosicielem sensownie ułożonych dźwięków, uznaje się za metaforę, przy czym jedynym sposobem na jej odczytanie jest zakup książek wydawanych przez Oatesa. Czytelnicy tych publikacji nie zadają sobie pytań o ewentualną gramatykę mowy odwrotnej (jeśli jest ona językiem, powinna posiadać zasady gramatyczne) czy o jakieś ewolucyjne korzyści z istnienia tego wynalazku. Korzyści z istnienia "zwykłej" mowy wydają się oczywiste dla rozwoju człowieka, zarówno jako gatunku, jak i jako jednostki, trudno jednak wyobrazić sobie biologiczne korzyści płynące z mowy odwrotnej, oraz zasadności mechanizmu przekazującej ją z pokolenia na pokolenie.
    Jedyną przyczyna dla której ktokolwiek może w ogóle pomyśleć iż zjawisko te miało kiedykolwiek miejsce, jest znany nauce od lat 30-tych XX wieku, efekt łączenia przypadkowych głosek w znane słuchaczowi wyrazy. Badania na tzw "symulatorach słów" dowiodły, że zjawisko mowy odwrotnej rzeczywiście ma miejsce.... jeśli uznać może za nią skłonność ludzi do łączenia przypadkowych dźwięków w sensowne sformułowania. W przeprowadzonych w 1998 roku badaniach nad doszukiwaniem się komunikatów w przypadkowo ułożonych ciągach, dowiedziono niebagatelny wpływ naszych oczekiwań na słyszane przez nas wyrazy. Mówiąc kolokwialnie, "słyszymy to co chcemy usłyszeć".

Tłumaczenie i kompilacja kilku artykułów, między innymi A Skeptical Analysis of Reverse Speech, oraz Reverse Speech in Skeptic's Dictionary.
10:41, szmerybajery , Nadzwyczajnie
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 lipca 2008
    Monoteizm nie znosi inteligencji, tej cudownej właściwości , której zawdzięczamy sztukę łączenia tego, co na pozór niezwiązane. To ona tworzy racjonalne i przekonujące wyjaśnienia oparte na poprawnym rozumowaniu, odrzuca zaś dawną fikcje. Uwalnia nad od mitów i bajęd. Nie zna pośmiertnego raju, zbawienia lub potępienia duszy, wszechwiedzącego i wszechmocnego Boga. Niedzielna msza nigdy nie była okazją do refleksji i debaty, to samo można powiedzieć o katechezie oraz obrządkach i kultach pozostałych religii monoteistycznych. Żydzi przy Ścianie Płaczu i muzułmanie w trakcie pięciu codziennych chwil nabożnej zadumy powtarzając modły, recytując inwokacje do Stwórcy, ćwiczą wprawdzie pamięć, ale nie intelekt. Gminy wyznaniowe nie zachęcają do wnikania w dawne debaty i spory teologiczne ani do samodzielnej refleksji, krytyki, polemiki, analizy, konfrontowania rozmaitych, często sprzecznych stanowisk. Tutaj rządzi bowiem niepodzielnie recykling dawnych bajek. Apel z Księgi Rodzajów, którym to zaraz się zajmiemy, aby nie pragnąć wiedzy, zadowolić się posłuszeństwem wypełniania rozkazów, przekładać wiarę nad poznanie, poskramiać pociąg do nauki, czerpać rozkosz z poddaństwa i służalności, z pewnością nie podnosi poziomu debaty. Etymologiczne znaczenie słowa muzułmanin to podporządkowany Bogu i Mahometowi. Bogobojny Żyd winien postępować i myśleć w życiu codziennym zgodnie z drobiazgowymi zaleceniami Tory. Wszystko to ma utrzymywać wiernych w posłuszeństwu, odstręczać ich od posługiwania się własnycm rozumem. Można odnieść wrażenie, iż religia do pełnego rozkwitu posługuje niewiedzy, braku kultury i ignorancji. Błogosławienie ubodzy duchem!
    Rzeczników prawa mojżeszowego, chrześcijańskich klechd i koranicznych przypowiastek łączy wspólna wiara w opowieść o pochodzeniu zła. W Księdze  drzewo poznaniaRodzaju – wspólnej dla Tory i Starego Testamentu chrześcijańskiej Biblii – oraz Koranie, znajdziemy podobnie brzmiącą historyjkę o pobycie Adama i Ewy w raju., Bogu zakazującym zbliżania się do pewnego drzewa i o demonie nakłaniającym do nieposłuszeństwa. Ta powiastka, zdawać by się mogło zwykła bajeczka, którą można opowiadać dzieciom na dobranoc, wywarła przemożny wpływ na państwa i narody: nienawiść do kobiet i ciała, poczucie winy i dławiąca skrucha, pragnienie niemożliwej pokuty wyrażające się w służalczym fatalizmie, opowiadania się przeicwko życiu i umiłowania cierpienia.
    Co właściwie mówi ta osławiona historia? Powiada że  Bóg zakazał naszym prarodzicom kosztować owoców z drzewa poznania. Oczywiście mamy tu do czynienia z metaforą. Ojcowie Kościoła uznali, że jest to metafora seksualna. To jednak nadinterpretacja. Tekst mów wyraźnie, że spożycie owocu zdejmuje łuski z oczu, pozwala odróżnić dobro od zła. Z jednego z wersetów dowiadujemy się, że owoce drzewa „nadają się do zdobycia wiedzy” (Rdz 3,6). Złamać Boski zakaz to przełożyć wiedzę nad posłuszeństwo, poznanie nad podporządkowanie. Co oznacza to wykluczenie rozumu? W rajskim ogrodzie dozwolone było zatem wszystko, trzeba jednak było wybierać między wiedzą (drzewo poznania) a nieśmiertelnością (drzewo życia). Jak widać Bóg zgotował ludziom osobliwy los: skazał ich na tępotę albo na śmierć. Aby przyjąć, że Bóg postanowił obdarzyć swoje stworzenia takim osobliwym podarkiem, trzeba wpierw założyć, że jest on sadystą. Chwalmy więc Ewę, która postanowiła wybrać inteligencję choćby za cenę śmierci. Adam nie był tak bystry, nie potrafił uprzytomnić sobie, czym tak naprawdę jest rajski żywot: wieczną szczęśliwością.. dla szczęśliwych głupców.
    Co odkryli nieszczęśnicy, gdy nasza pramatka zatopiła ząbki w rajskim miąższu? Rzeczywistość. Rzeczywistość i nic ponadto: nagość, a więc ludzką naturę, ale również – dzięki wiedzy – kulturę, a w każdy razie obietnicę kultury, której pierwszym wytworem stały się opaski splecione z figowych gałązek. A także codzienny znój, tragizm losu, brutalność podziałów, trud ciężkiej pracy, bolesność macierzyństwa i wszechwładzę śmierci. Jaka z tego płynie nauka? Jeśli odrzucamy złudzenia wiary, pociechę zaświatów i religijne baśnie, jeśli wybieramy wiedzę, jeśli opowiadamy się za inteligencją i poznaniem, to rzeczywistość ukazuje się nam bez osłon, taka jaką jest, tragiczną. Lepiej jednak pogodzić się z prawdą, która budzi rozpacz, ale chroni nas przez całkowitym zaprzepaszczeniem życia, niż wierzyć w historię, która przynosi wprawdzie chwilowe ukojenie, lecz nie pozwala dostrzec jedynego autentycznego dobra: życia tu i teraz.

Fragmenty: Michel Onfray, Traktat ateologiczny. Fizyka metafizyki, przeł. Mateusz Kwaterko, Warszawa 2008, s. 69 – 85.
01:35, szmerybajery , Bosko
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 lipca 2008
   Przedstawianie fałszywego obrazu świata: Od dawna wiadomo, że wszystkie mity o stworzeniu świata kultywowane przez różne ludy i narody są fałszywe i już dawno zostały zastąpione niewątpliwie lepszymi i doskonalszymi wyjaśnieniami. Do listy przeprosin religia powinna dodać słowa skruchy i pokory za narzucanie tej absurdalne wiedzy stworzonej przez ludzi i przekazywanej w tradycji ustnych mitów, a także za tak długie zwlekanie z przyznaniem się do tego. Wśród religijnych orędowników da się wyczuć wyraźną niechęć do przyjęcia takiego stanu rzeczy, gdyż może to doprowadzić do zniszczenia całego religijnego światopoglądu, jednak im dłużej taki gest jest odsuwany w czasie, tym bardziej haniebne staje się wypieranie prawdy.
   Doktryna krwawej ofiary: Pomijając już obrzydliwe sakramentalne wybebeszania i podrzynanie gardeł, szczególnie jagniąt, każdego roku w chrześcijańskim i muzułmańskim świecie, w trakcie Wielkanocy czy święta Eid. Gorzej jeśli na piedestał podnoszone zostają ofiary z ludzi – przykładowo kiedy oddaje się honor i cześć gotowości Abrahama do złożenia ofiary z własnego syna, wspólne dla wszystkich trzech religii monoteistycznych. Nie ma żadnych okoliczności łagodzących dla wyrażenia przekazu tej makabrycznej opowieści. Nękany wyrzutami sumienia (uwiedzenia Lota przez swoje córki i małżeństwo Abrahama z własną siostrą), lecz niezachwianie wierzący w boską inspiracje, Abraham godzi się zabić syna. W ostatnim momencie jego ręka zostaje wstrzymana, lecz tak się składa, że nie przez Boga, tylko przez anioła. Abraham wysłuchuje słów pochwały za niezachwianą gotowość zamordowania niewinnego dziecka za cenę odkupienia własnych przestępstw i zbrodni. Abraham po swojej śmierci zostaje pochowany w grocie w okolicach Hebronu – po dziś dzień ludzie pobożni i religijni zabijają siebie nawzajem i swoje dzieci, by zdobyć prawa do tej dziury we wzgórzu, niemal niemożliwej do zidentyfikowania i odnalezienia. Klątwa Abrahama wciąż zatruwa Hebron, ale religijny nakaz ofiary z krwi zatruwa całą naszą cywilizację.
   Doktryna pokuty: Ofiary z ludzi, jak choćby ceremoniały azteckie były w czasach antycznych niezwykle popularne. Sądzono, że ofiarowanie dziewicy, niemowlęcia czy więźnia złagodzi gniew bogów. Śmierć męczeńska, czy też umyślne i świadome poświęcenie samego siebie, może być postrzegane w nieco innym świetle, chociaż praktykowany przez hindusów obyczaj sati, czyli żarliwie rekomendowane "samobójstwo" wdów, został zakazany przez Brytyjczyków zarówno z racji czysto chrześcijańskich jaki dla dobra imperium. Tego rodzaju męczennicy którzy szczerze pragną zabić innych równie mocno jak siebie w trakcie religijnej egzaltacji, są wciąż postrzegani nieco inaczej: islam opowiada się rzekomo przeciwko samobójstwu jako takiemu, wciąż jednak nie może się zdecydować, czy potępiać czy też pochwalać taki akt zuchwałego, lecz barbarzyńskiego shahid. Idea pokuty za cudze grzechy jest dalszym udoskonaleniem owych zabójstw sięgających korzeniami czasów starożytnych. Nie mamy tu jak w przypadku Abrahama, ojca wystawiającego swojego syna na męczeńską śmierć, aby zaimponować Bogu. Otóż czasami sam Bóg dąży do zaimponowania ludziom, składając własnego syna w ofierze, w okoliczności tak potwornej, że gdyby ktokolwiek z nas był przy niej obecny i posiadał jakikolwiek wpływ, byłby zobowiązany do próby jej powstrzymania. W rezultacie tego zabójstwa wszelkie grzechy, jakich się dopuściłem, są mi odpuszczone, wskutek czego mogę żywić nadzieje na życie wieczne. Jednak by czerpać korzyści z tej wspaniałej oferty, muszę zaakceptować fakt, że ponoszę odpowiedzialność za wychłostanie, szyderstwa i ukrzyżowanie, w którym nie miałem żadnego udziału i prawa głosu, oraz że za każdym razem, gdy zrzekam się tej odpowiedzialności albo gdy grzeszę mową lub uczynkiem, pogłębiam tylko Mękę Pańską. Ponadto wymaga się ode mnie, bym wierzył, że te cierpienie i katusze były niezbędne do odkupienia wcześniejszego grzechu, do którego również się nie przyczyniłem, grzechu Adama. Śledzenie toku opowieści wcale nie ułatwia nieunikniona, jak by nie było, świadomość, że Jezus zarówno pragnął, jak i musiał umrzeć. Przybył do Jerozolimy w święto Paschy po to, by tak właśnie się stało, natomiast wszyscy którzy uczestniczyli w tym zabójstwie, nieświadomie wykonywali wolę boską i wypełniali pradawne proroctwo.
   Stawianie niewykonalnych zadań i reguł: Przykazania z góry Synaj, zakazują ludziom nawet myśleć o spoglądaniu z zazdrością na zgromadzone przez innych dobra. W Nowym Testamencie znajdujemy echo tego nakazu, który głosi, że mężczyzna spoglądający na niewiastę w niewłaściwy sposób na dobrą sprawę dopuszcza się cudzołóstwa. Modną do niedawna metoda rozwiązywania tego absurdu polegała na ustawicznym biczowaniu się  i umartwianiu ciała, czemu towarzyszyły nieustanne zmagania z "nieczystymi" myślami, które pojawiały się w chwili napomknięcia o nich lub choćby tylko przywołania ich w wyobraźni. Stąd właśnie wypływa histeryczne przyznawanie się do winy, fałszywe przyrzekanie poprawy oraz głośne i gwałtowne wskazywanie na inne grzeszne i niepoprawne dusze. Wymaganie od ludzi, by stali się nadludźmi, pod rygorem wiecznych tortur i kary śmierci, jest równoznaczne z wymaganiem ohydnego samoponiżania się, któremu towarzyszyć musi powtarzająca się i nieunikniona porażka na polu przestrzegania tych praw. Od to prawdziwa tajemnica popularności spowiedzi – zarówno u papieży jak i u maluczkich – kajanie się za nie zaistnienie niemożliwego.

Fragmenty: Christopher Hitchens, Bóg nie jest wielki, przeł. Cezary Murawski, Katowice 2007, s. 208 – 216.
12:27, szmerybajery , Bosko
Link Komentarze (3) »
środa, 09 lipca 2008
    Słowo szarlatan pochodzi od włoskiego czasownika ciarlare "paplać", ten zaś z kolei od słowa cerretano, oznaczającego mieszkańców Cerretano, miejscowości której mieszkańcy bywali wędrownymi sprzedawcami fałszywych leków. Owa skłonność do takiego zachwalania byla tradycyjnym przedmiotem  szrlatanodrazy szanowanych adeptów sztuki medycznej i to na jej podstawie odróżniano prawdziwego lekarza od szarlatana. Szarlatani od zarania dziejów z uwagą śledzili nisze rynkowe. Prawdziwy adept medycyny nie musiał być sprzedawcą, mógł polegać na swoich umiejętnościach. Tradycyjnym łupem szarlatanów padali i padają ludzie starsi, zawsze jednak zdarzały się sytuacje, w których publiczne przyznawanie się do pewnych chorób, na przykład do kiły bądź impotencji, uchodziło za przedmiot tabu, podobnie jak współcześnie rak czy AIDS. Szarlatani starają się odnaleźć obszary ludzkiego strachu i niewiedzy, następnie bezlitośnie je eksploatując. Zjawisko z którym mamy do czynienia obecnie, nie można nazwać po prostu znachorstwem. Współczesne terapie alternatywne mają pewne cechy regresji, stanowią mieszaninę mistycyzmu, "tradycyjnych" i naturalnych kuracji, podlanych sosen okultyzmu. Magnetyzm, elektryczność, promieniowanie, pierwsze dostępne pigułki – znachorzy zawsze starali się przekonać klienta, że poddają się najnowocześniejszej i najbardziej wyrafinowanej metodzie leczenia. Istota znachorstwa tkwi nie tyle w poszczególnych rodzajach terapii, ile we wspólnych cechach charakterystycznych – wykorzystywania "najnowszych technologii", stosowania praktyk reklamowych, selektywnej penetracji rynku pod kątem uzyskania jak najwyższych dochodów.
    Wiele współcześnie stosowanych terapii alternatywnych opiera się na rzekomo  tradycyjnych, mistycznych remediach ludowych. Objawia się to jednak wyłącznie w homeopatii, terapii kryształami, uzdrawianiu wiarą i tym podobne, czyli w środkach, jakimi leczono konkretną chorobę, podczas gdy medycyna ludowa skupiała się przede wszystkim na zapobieganiu przyszłym schorzeniom, czemu służyć miało przestrzeganie obrzędów, rytuałów i tabu. Medycyna ludowa wywodziła się bezpośrednio z systemów wierzeń. Właściwe leczenie niedomagań organizmu było w niej o tyle osobliwe, iż trudno przypuszczać aby cieszyło się dziś powodzeniem. Smażone myszy uważano za wspaniałe lekarstwo na koklusz, tudzież używano w tym celu sów. Wyjątkowe właściwości przypisywano pierwszej odkaszlniętej po nocy flegmie. Ból ucha leczono wtykając w nie gotowane w oliwie karaluchy. W Szkocji przykładano ciepłe krowie łajno na otwarte rany, gorączkę zaś spędzano miętosząc w dłoni żywego kreta. W świecie dawnej medycyny nie było zarazków, bakterii, wirusów ani uszkodzeń genów. Choroba powstawała w wyniku działania sił nadprzyrodzonych, i należało z nią walczyć przy pomocy nadprzyrodzonych metod. Do najważniejszych przyczyn należała złość urażonego ducha, nadprzyrodzona moc ludzkiego wroga i gniew umarłych.
    O zgrozo, z badań wynika że coraz większy odsetek społeczeństwa regularnie korzysta z usług medycyny "alternatywnej". Istnieje już ponad 100 rozmaitych rodzajów terapii alternatywnych, a amerykańskie sondaże przeprowadzone wśród 660 osób chorych na raka wykazywały, że przeszło połowa z nich stosuje alternatywne metody leczenia, niektórzy w ogóle nie poddają się konwencjonalnemu leczeniu. Czy pacjenci decydują się na niekonwencjonalne kuracje u kręglarzy i zielarzy, na akupunkturę i aromatoterapie z biedy czy podszytej zabobonem niewiedzy? Metody alternatywne są popularne wśród zamożnych, wykształconych przedstawicieli klasy średniej, bardziej prawdopodobne, że pacjenci są po prostu rozczarowani swą anonimowością w stosunku z lekarzami i ograniczonymi możliwościami medycyny konwencjonalnej. Co więcej, w medycynie konwencjonalnej nie wszystko można kupić za pieniądze. Medycyna alternatywna daje bogaczom wielkie pole do popisu. Wzrastająca popularność terapii ery Wodnika daje podstawy do niepokoju, że znów nastał czas szarlatanów, wraz z całym towarzyszącą tradycyjną, fantastyczną otoczką.

Fragmenty: Robet Youngson i Ian Schott, Pomyłki lekarskie. Zdumiewająca lecz prawdziwa historia szarlatanerii w dziejach medycyny, przeł. Dorota Kozińska, Londyn 1997, .s. 11 – 25.
18:23, szmerybajery , Naukowiście
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 czerwca 2008
     Ukazanie się na drodze Mojżesza Krzewu Gorejącego, z punktu widzenia wyznawców judaizmu jest najdonioślejszą z historii biblijnych. Jest to opowieść o zawarciu wyjątkowej więzi pomiędzy Jahwe a Izraelem, opowieść o bogu – wyzwolicielu i wychowawcy „wybranego” przez siebie narodu. Jest to zarazem opowieść najbardziej chyba spośród przekazów starotestamentowych gloryfikowana również przez niejudaistycznych adeptów tradycji judeochrześcijańskiej - opowieść ilustrująca nienawiść Boga do niewolnictwa i ucisku etnicznego czy rasowego, opowieść napawająca nadzieją na pomoc boską dla tych, którzy walczą o wyzwolenia ujarzmionego ludu. Z punktu widzenia poetyckiego i malarskiego Krzew Gorejący jest obrazem fascynującym. Był on w naszej kulturze natchnieniem wielu artystów. Jego wystąpienie na kartach Biblii należy tłumaczyć wierzeniem, że widok Boga w jego antropomorficznej postaci jest dla człowieka śmiertelnego niebezpieczny, a przeto bóstwo samo chroni przed nim tych, których nie chce porazić.
krzak     Jak zaczyna się ta cała historia? Jahwe oświadcza Mojżeszowi, że jest bogiem jego ojca, bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. >>Teraz oto doszło go wołanie Izraelczyków o pomoc, a przeto zstąpił, aby wyrwać „swój lud” z Egiptu i wyprowadzić go do ziemi, która opływa w mleko i miód, a którą ma wziąć w posiadanie<< (Wj 3: 9). Wynikałoby z tego oświadczenia że Jahwe (wtedy jeszcze tak nie nazywany) mimo danej dawnym patriarchom Izraela obietnicy, otaczania szczególną ochrona ich potomków, na czas pewien – na stulecia – odwrócił od nich swój wzrok, nie interesował się ich losem, nie słyszał skarg, po czym dopiero na nowo podjął swą opiekuńczą rolę wobec nich. Stykamy się więc tu z koncepcją Boga wycofującego się na pewien czas ze swojej więzi z narodem wybrany (interesująco wygląda to dla tych, którzy zadręczają się myśleniem gdzie był Bóg w czasie Holokaustu).
     Za narzędzie wyzwolenia – za przywódcę ludu Bóg obiera Mojżesza. Początkiem jego misji ma być zawiadomienie Izraelczyków o objawionym mu planie bożym. Tu jednak wylania się trudność, polegająca na tym, ze bóg, w którego imieniu Mojżesz ma się do nich zwrócić, jest im widocznie zupełnie nieznany. Oświadczenie, że jest bogiem czczonym przez ich patriarchów zdaje się nic im nie mówić. Mojżesz oczekuje, że zareagują na jego posłanie jako na wieść o bóstwie z którym po raz pierwszy mają wejść w kontakt, i dlatego pytać „jakie jest twoje imię” (Wj 3: 13). Jest przy tym rzeczą osobliwą, że wychowanek dworu egipskiego i uczeń pogańskiego kapłana Reuela wie o „bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba”, natomiast nic się zdaje o nim i jego przymierzu z patriarchami nie wiedzieć przebywający we własnym środowisku hebrajscy niewolnicy. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego Mojżesz obawia się, że odwołanie się do tradycji nie wystarczy do powiadomienia rodaków, z jakim bóstwem mają do czynienia? I dlaczego Bóg w tym właśnie czasie ujawnia swoje nieznane przedtem nikomu imię?
     Ta cześć opowieści o Krzewie Gorejącym nastręcza trudności interpretacyjnej. Bóg pytany o imię przedstawia się Mojżeszowi, po hebrajsku „Ehje aszer ehje”. Jako jego skrót Bóg podaje wyraz „jestem”, nakazując Mojżeszowi, aby objawił swoim rodakom, że „Jestem” posłał go do nich. Za odpowiednik tego tłumaczenia uchodzi nazwa „Jahwe”. Wskazany powyżej zwrot hebrajski nie pozwala na jednoznaczne tłumaczenie. Jego najczęściej przyjmowanym znaczeniem jest „Jestem który jestem”, ale rozważane są tez inne tłumaczenia, np. „Jestem tym, który zawsze będzie”, „Jestem zawsze obecny”. Najciekawszą interpretacją owego „jestem, kim jestem” jest powiązanie imienia Boga z okrzykiem „Jahu” lub „Jahwe”. Które od pradawnych czasów było wyrazem ekstazy religijnej jego czcicieli, nie mający sensu, a znaczącego tyle co „Oooo!”

Na podstawie: Helena Eilstein, Biblia w ręku ateisty, Warszawa 2006, s. 354 – 361.
23:14, szmerybajery , Bosko
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 czerwca 2008
     Dlaczego ludzie wierzą w Boga? Większość z nich nadal przekonuje wersja starego argumentu o planie stwórcy. Oglądamy pieno i złożoność świata i jeśli mamy odrobinę wyobraźni, rzeczy te budzą w nas poczucie nabożnego szacunku. Najbardziej znaną analogię zawdzięczamy tu XVIII-wiecznemu księdzu Williamowi Paleyowi: nawet jeśli nie wiemy co to jest zegar, widok zaprojektowanych przez kogoś kółek zębatych oraz ich współdziałanie zmusza do wysunięcia wniosku, "że zegar musiał mieć wytwórcę". Przez większość dziejów takie rozumowanie musiało się wydawać wysoce przekonujący i w oczywisty sposób prawdziwe. Dziś wiemy, że porządek i pozorna celowość świata to rezultat zupełnie innego procesu. Jest to proces ewolucji na drodze doboru naturalnego, odkryty przez Karola Darwina i niezależnie przez Alfreda Russela Wallace’a.
     Co wspólnego mają przedmioty wyglądające tak, jakby musiał je ktoś zaprojektować? Odpowiedź brzmi: statystyczne nieprawdopodobieństwo. Wiele zjawisk przyrody jest wprost niemożliwa do samorzutnego powstania. Jest to jednak do pewnego stopnia złudne. Kiedy piłeczka golfowa zatrzyma się na określonym źdźble trawy, byłoby głupio wołać: "spośród miliarda źdźbeł trawy, na które piłeczka mogła spaść, spadła właśnie na to! Jakże to zdumiewające i cudownie nieprawdopodobne!". Nielogiczność polega na tym, że piłeczka musiała gdzieś wylądować. Zdumiewać się nieprawdopodobieństwem jakiegoś wydarzenia możemy dopiero wtedy, kiedy wcześniej je wytypujemy. Jeśli człowiek z zawiązanymi oczami, rzuci przypadkowo gdzieś piłkę i wpadnie ona przy pierwszej próbie do dołka, będzie to istotnie zdumiewające, gdyż cel ruchu piłki był wyznaczony z góry.
     Spośród trylionów różnych sposobów zgrupować atomów zegara, tylko drobna cześć pozwoli na mierzenie czasu lub do czegoś się przyda. Możemy spokojnie przyjąć, że ciała żywe, miliardy razy bardziej skomplikowane – są statystycznie zbyt nieprawdopodobne by mogły zaistnień na zasadzie przypadku. Jak więc zaistniały? Otóż przypadek odgrywa w tym rolę, ale nie jest to pojedynczy, jednolity akt losowego wyboru. Występował raczej cały ciąg drobnych losowych kroków, każdy na tyle mały, by stanowić wiarygodny wytwór poprzedniego. Jest na przykład teoretycznie możliwe, by oko w jednym szczęśliwym kroku powstało z niczego, z "gołej skóry". Jest to teoretycznie możliwe w tym sensie, że przepis na tę zmianę obejmowałby wielką liczbę mutacji. Gdyby wszystkie te mutacje nastąpiły jednocześnie, kompletne oko mogłoby istotnie wyrosnąć z niczego. Choć jednak jest to teoretycznie możliwe, to w praktyce – niewyobrażalne. Potrzeba by tu zbyt wiele szczęścia. Jest jednak całkiem prawdopodobne, by współczesne oko wyrosło z czegoś prawie takiego samego jak ono, lecz nie do końca - z oka odrobinę mniej skomplikowanego. Dokładając do tego że sam ten proces nie jest w istocie czysto przypadkowy – pozytywne zmiany są przecież faworyzowane przez dobór naturalny – i zważywszy że mamy na to niewyobrażalną dla człowieka ilość czasu – ponad 3 miliardy lat – wszystko to przestaje być aż tak nieprawdopodobne. Ewolucja jest więc zdolna wykonać pracę, która kiedyś wydawała się prerogatywą Boga. Dane, które potwierdzają ewolucje, są tak przekonywujące, że teorię stworzenia świata można utrzymać tylko uznając, że Bóg rozmyślnie porozmieszczał ogromną ilość rzekomych śladów ewolucji, aby wywołać pozór, że faktycznie zachodzi.

Fragmenty: Richard Dawkins, Nieprawdopodobieństwo Boga, przeł. Bogdan Baran [w:] Czy przed Wielkim Wybuchem był Bóg, (red.) Tobias Wabbel, Warszawa 2007, s. 145 – 153.
23:05, szmerybajery , Bosko
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4